POLSKIE STOWARZYSZENIE FILMU NAUKOWEGO
  Nowinki techniczne "Wczoraj i dzisiaj"
 

     Andrzej WANKE
 
 
Kaliska przygoda z fotografią
 
     Był rok 1953 dwaj koledzy z gimnazjum i liceum Adama Asnyka (absolwenta tej szkoły) w czasie wakacji, po zdaniu egzaminów po 8 klasie, czyli z promocją do następnej klasy, w wieku 14 lat, postanowili zainteresować się fotografią. Nie było to łatwe gdyż nie posiadaliśmy niczego ze sprzętu do tego niezbędnego, jak również pieniędzy, aby go kupić. Zresztą na rynku wtedy nic nie było.  W pierwszym rzędzie należało zaopatrzyć się, więc w aparat fotograficzny. Postanowiłem, więc go zrobić!
     Na śmietniku wśród różnych niepotrzebnych detali, których pozbył się optyk, znalazłem zestaw dwóch soczewek. W sklepach optycznych można było wówczas kupić błony filmowe o szerokości 4,5 cm, które na papierze je opasujące miały numerację dla zdjęć 4 x 4 cm i 4 x 6 cm. Oczywiście przyjąłem wariant minimalistyczny, czyli ten rodzaj błony fotograficznej i ten mniejszy format, wbrew powszechnie używanemu formatowi 6x9. Ten większy format umożliwiał wówczas wykonywanie odbitek stykowych, które następnie były zamieszczane w albumach rodzinnych. Naświetlone negatywy zanosiło się do zakładu fotograficznego w celu wywołania i kopiowania, co wymagało pewnych zasobów finansowych. Miało to i tą wadę, że w czasie fotografowania należało ostatecznie skomponować plan zdjęciowy. Moją ambicją było jednak posiadanie możliwości korygowanie końcowego efektu na odbitce, czyli przeprowadzanie samodzielnie całego procesu fotografowania od zrobienia zdjęcia do uzyskania obrazu na papierze światłoczułym.
     Muszę przyznać się, że wówczas nie posiadałem odpowiedniej wiedzy w zakresie optyki i technologii obróbki fotograficznej. Zwróciłem się z tym do ojca, który kiedy miał wówczas tyle lat, co ja był już wyzwolonym kinooperatorem jako, że dziadek posiadał kilka kin i był potrzeby personel do ich obsługi. Tak, więc na wstępie ojciec zaprezentował mi zjawisko powstawania obrazu na matówce poprzez wykonanie pudełka, w którym na przedniej ścianie zrobił szpilką mały otwór a na tylniej, w wyciętym otworze, przykleił kalkę kreślarską, jako matówkę. Jakie było moje zdziwienie, gdy na matówce ukazał się obraz obiektu, na który skierowałem otworek w przedniej ścianie pudełka.
     Zabrałem się wówczas do konstruowania i budowy korpusu aparatu fotograficznego. Za materiał posłużyła mi blacha z puszek od konserw, zapadka ze starego budzika, blaszki od segregatora, element z zatrzasku zamka do teczki, kawałek przezroczystego i czerwonego celofanu, listewka drewniana, szpilki, czarny lakier i sprężynka do migawki. Największy problem projektowy stanowiła konstrukcja migawki. W tej sprawie pomógł mi kolega, który gdzieś znalazł jakiś stary aparacik, w którym była bardzo prymitywna, ale działająca konstrukcja, a sam aparacik nie nadawał do użytkowania jako, że należało zakładać do niego jakąś bardzo wąską błonę fotograficzną. Nie bacząc, więc na „prawa autorskie” skopiowałem tą konstrukcję migawki.
Nie miałem problemu z wykonawstwem gdyż, dzięki ojcu miałem wcześniej opanowaną umiejętność obróbki blachy i technologię lutowania.
     Tak, więc powstała pierwsza wersja aparatu, która okazała się niezbyt przydatna z powodu fatalnej optyki dwusoczewkowego obiektywu, który tworzył obraz zupełnie rozmazany na obrzeżach, mimo iż jego zaletą miała być mała ogniskowa a więc stosukowo płaski korpus aparatu. W tej sytuacji musiałem zrezygnować z jednej soczewki, co w następstwie wydłużyło ogniskową i należało zastosować mieszek. W tym czasie wychodziła gazeta o tytule „Świat przygód”, w której istniał dział dla majsterkowiczów. Tam znalazłem opis wykonania mieszka. Posłużyło do tego płótno introligatorskie i kawałek czarnego materiału, czyli ścinek z materiału, z którego mama uszyła sobie sukienkę. I tak ta druga wersja została, jako ostateczna. Oczywiście tak „pracowicie wykonane urządzenie” należało chronić w czasie użytkowania, więc ze starej torebki mamy zrobiłem dla niego futerał.
     Teraz należało zorganizować cienię fotograficzną, w której znalazłaby się kopiarka do zdjęć stykowych i oczywiście powiększalnik z maskownicą. Tu znowu z pomocą przyszły publikacje w „Świecie przygód”. Niestety te urządzenia nie zachowały się, ale długi czas bardzo dobrze służyły, nawet wówczas, gdy już posiadałem profesjonalne aparaty fotograficzne.
     W załączeniu prezentuję zdjęcia wykonane tym „aparatem fotograficznym” o ile tą konstrukcję małolatka można tak nazwać!
     W całym tym przedsięwzięciu, w którym założyłem unikanie wydawania pieniędzy, to zakupów nie udało się jednak uniknąć. Należało przecież kupować filmy, papiery i chemikalia. Ich zakupy były limitowane kieszonkowym, jakie co miesiąc otrzymywałem od rodziców, a był on dosyć skromny. Jak ta „zabawa” była dla mnie wówczas ważna niech świadczy fakt, że w czasie do matury, z tych pieniędzy niczego innego nie kupowałem. Parę lat później, jako student, miałem nadzieję, że wybiorę się z kolegami i koleżankami na autostop, który właśnie się organizował i będziemy fotograficznie dokumentować nasze przygody, więc zrobiłem polowy mini powiększalnik na baterię. Niestety z tych zamiarów nic nie wyszło głównie z braku czasu i co tu ukrywać bardzo ubogich kieszeni studenckich. Ten mini powiększalnik, dziwnym trafem, jakoś się zachował a i kiedyś wypróbowałem jego działanie, oczywiście używając prądu sieciowego a nie baterii. Stwierdziłem wówczas, że mimo iż wygląda jak zabawka to swoją rolę spełniał.

 
 
Zdjęcie aparatu fotograficznego


 
Zdjęcie powiększalnika



 









Zdjęcia wykonane opisanym aparatem fotograficznym
 












 










 
 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 2 odwiedzający (2 wejścia) tutaj!  
 
Ta strona internetowa została utworzona bezpłatnie pod adresem Stronygratis.pl. Czy chcesz też mieć własną stronę internetową?
Darmowa rejestracja